Nie mów do mnie więcej i nie kładź swojej głowy nagrzanej słońcem na moim ramieniu. Teraz czuje się dobrze, za dobrze, jest mi wspaniale i nie mam najmniejszej ochoty się tym z kimkolwiek dzielić. W końcu jestem jedynakiem, jednoznaczne z egoistą.
Jest pogodna sierpniowa niedziela, a my jesteśmy ze sobą już pół roku. Za oknem pociągu jest ładna pogoda, a ty znowu zasypiasz na moim ramieniu.
Mijamy kolejne wiejskie stacje zarośnięte grubym bluszczem, pokryte rzęsistym mechem.
Nagle zza odrapanego budynku stacji wyłania się dziewczyna o zwyczajnej urodzie i w letniej sukience za kolana. Sukienka jest jasna, targa ją wiatr, pokryta jest jakimś wzorem; być może są to kropki albo prążki, ale on znowu rusza, a ty nadal przygniatasz mi ramię.
Do przedziału znów wszedł konduktor. Nie wygląda on estetycznie, ma ewidentną nadwagę, jego pokaźny brzuch jest tak ogromny jak miałby za moment eksplodować, a z brzucha wylecieć miałoby dziecko albo i więcej noworodków splątanych karbowaną pępowiną.
Jest niedziela, siódmy dzień tygodnia, dzień wolny od pracy, dzień święty, kościelny, plebaniowy, rzucanienatacowy, różańcowy, stołowy, rosołowy.
Pociąg właśnie wjechał do naszego miasta. Nie cieszymy się, nie chcemy wracać, tobie nie chce się już spać. W naszym mieście wita nas pani próbująca zaoferować nam super tanie noclegi.
W moim mieście widzę jak robotnicy o bladym świcie odjeżdżają jelczem do ośmiogodzinnej roboty, a potem widzę ich, kiedy w czasie pory obiadowej siadają w równym rzędzie, oparci o otynkowaną przez siebie ścianę i jedzą syte kanapki przygotowane przez swoje dziewczyny bądź mamy.
Bo oni są młodzi, większość z nich nie skończyła jeszcze szkół średnich. Zarabiają w wakacje, a potem, kiedy nadchodzi piątek wychodzą na parking przed blokiem i piją wódkę z przepitką. Słuchają radio eska, wykrzykują nazwy drużyn piłkarskich, wymiotują koło aut

.