Niedziela
Vileda przedstawia: piękny mamy wieczór tej niedzieli. Źdźbła traw zmieniły kolor, rodziny dwa plus jeden jeżdżą na rowerach, robotnicy piją i oglądają „Taniec z gwiazdami” razem ze swoimi żonami. Koleżanki i koledzy uaktywniają się w komunikatorach, ustawiają melancholijne statusy, wspominają weekendowe swawole, wmawiają sobie że maja kaca. Tydzień się kończy i bateria się kończy. Polejemy pulpeciki i posypiemy serem. Przyjdzie kolega i przyniesie dwa piwa butelkowane, nieimportowane, polskie bo po trzymiesięcznych saksach na wyspach zielonych docenił rodzimy browar. Wypijemy jedno i drugie, powspominamy czas sprzed czterech lat. On opowie o klubie, o koleżankach. Ja sprawdzę pocztę i zmienię status w komunikatorze. Ktoś to przeczyta i zredukuje to co zapamiętał. Tematy ciekawe się skończą, ja włączę telewizor i pobiegam po kanałach żeby z powrotem zacząć od jedynki, mam telewizje kablową i europejskie programy, mam telegazety i teleprogramy, paszporty polsatu i zapłacone abonamenty. Ja wstanę o świcie i umyje zęby, włączę płytę Pustek i komputer odpalę, hiperłącze zabłyśnie i modem się zaświeci na zielono. Pójdę na przystanek i skończę palić lighta wchodząc do autobusu linii stoileśtysięcy.
Poniedziałek
Dzwoni telefon komórkowy, tak stary że nie można nawet ściągnąć dzwonka polifonicznego.
Głos w słuchawce wypowiada moje nazwisko pytająco, ja mówię że to pomyłka, on że dziękuje i przeprasza. Dzwoni ponownie, poznaję numer, odrzucam rozmowę
+++