Październikowe promienie słońca biczują mnie po karku ze zdwojoną siłą, z turbo doładowaniem za 5 groszy minuta tylko teraz w simplusie.

-„Panie, o tej godzinie to jeszcze żaden tramwaj z zajezdni nie wyjeżdża.” Ale wczoraj w tramwaju, kiedy było już ciemno i para wylatywała z ust- działo się naprawdę dużo. Przez brudne okno zauważyłem koleżanki co lubią się zabawić w sobotę, a tu nagle w drzwiach, oparty o kasownik i przycisk bezpieczeństwa stanął romski młodzieniec z purpurowym akordeonem na ramieniu. Zamienia pośpiesznie kilka słów w swoim rodowitym języku z rodowitą koleżanką i zaczyna grać rodowitą pieśń, tramwajowa serenadę. Ona ma czerwone paznokcie, a w dłoniach mientoli czerwony, kartonowy kubek po coca-coli, przechodzi między siedziskami i podstawia go pod nos, cygański Książe gra coraz głośniej. Wagon zamienia się w tabor, a panie po pięćdziesiątce pytają się miedzy siebie „czy znasz tę piosenkę?” i pod grubą warstwą pudru rysują błogie uśmiechy.
Ktoś musiał przebiec po torach, tuz przed kabiną kierowcy ponieważ pociągnięcie wajchy przez motorniczego było na tyle mocne że wszyscy razem zintegrowaliśmy się zbierając siebie nawzajem z twardej podłogi. Romska muzyka zamilkła. Kubek po coca-coli zgniótł się doszczętnie, a o odszukaniu jakichkolwiek monet nie było już mowy. Zrobiło się czarno, dosłownie czarno. Cyganka zaczęła kaszleć, a za nią już wszyscy. Ktoś otworzył drzwi, próbował okno, czarny pył ustał. Pomiędzy nogami, rozrzuconymi torebkami, dżinsami i sztruksami leżały czarne jak smoła grudy węgla. Nagle jakiś chłopiec anemiczny, ubogo ubrany z kogutem na głowie w głęboką rozpacz wpadł. Spazmatyczny płacz i wrzask rozszedł się po całym wagonie, po całej siatce krakowskiej komunikacji miejskiej. Toż to chłopcy dzielni i zaradni całą sobotę od świtu do nocy na hałdach węgiel zbierali.