1.
Tramwaj, siedzisko niemiłosiernie twarde niczym z kamienia, moje oczy wlepione w durne 329 kartek zlepionych w czerwoną okładkę, a sześć miejsc ze mną grupa wspaniałych przyjaciół z jednego bloku. Paczka znajomych, roześmiane dziewczęta i odważni chłopcy, drużyna A, kolonia karna, banda idiotów. Jeszcze 14 przystanków i wysiądą. Na razie włączyli swoje telefony komórkowe, puścili swoje ulubione przeboje, hity dymówek gdzie dziewczyny tańczą w białych skarpetkach, a chłopcy sikają przez balkon, numery jeden cudownych, ciepłych letnich nocy na ławce przed blokiem.
Śpiewają nietrudny refren piosenki wraz z wykonawcą o głosie owczarka niemieckiego.
Jebać policje (bit) jebać policję (bit) jebać policję (bit) dziewczyny się głośno śmieją, czują się świetnie. No bo przecież nie każda dziewczyna może pozwolić sobie na taką przyjemność.
Piosenka się kończy, pamięć telefonu się skończyła, dziarscy koledzy rzucają aby puścić jeszcze raz, więc policja jest jebana po raz drugi.
Czytany przeze mnie tekst jest zupełnie niezrozumiały choć treśc książki jest zupełnie przyswajalna. W głowie od lewej do prawej przelatują mi dwa słowa Jebać i Policję, natomiast bit nadaje rytm.
Policja jest jebana po raz trzeci. Siedzący trzy miejsca za mną podstarzały pan o siwych, tłustych włosach nie wytrzymuje kolejnej, darmowej projekcji hitu świata ławki i kaptura.
Pan wstaje i krzyczy, rozpoczyna swój monolog, który wraz z długością wypowiedzi staje się żałośnie śmieszny. Śmieje się towarzystwo z tyłu, podśmiewują się dwaj młodzieńcy obok mnie, ja udaję że tego nie słyszę i jest mi wstyd za wszystkie osoby siedzące w tym nieszczęsnym wagonie. Siwy grozi karą, zjeżaną policją w końcu wspomina o Montelupich.
Policja jest zajebywana po raz czwarty, siwy mężczyzna przesiada się do pierwszego wagonu wykrzykując pośpiesznie na schodku ”Nie zadzierajcie gówniarze ze starym wojskowym!”.

2.
Siedzę i jadę, oparty ołowianą głową o brudną szybę autobusu przestaje wierzyć, że doczekam swojego przystanku. Otwieram oczy i nic nie widzę. Teraz leże nieruchomo na mokrym chodniku, w uszach słyszę gwizd, a w nosie pulsującą krew. Próbuje jakoś się ruszyć. Zaczynam od rąk, z trudem wkładam dłoń do kieszeni. Gdzie podziały się klucze, telefon komórkowy i dokumenty? Zostały tylko dwa cukierki na kaszel. Oświetlony tępą zorzą neonów ze sklepu spożywczego próbuje sobie wymyślić logiczny ciąg wydarzeń w których to skutku wylądowałem cały we krwi, okradziony, pobity, a przede wszystkim na mokrym chodniku w środku nocy. Próbuje gorączkowo zlokalizować miejsce swojego położenia, przecież na pewno znam to miejsce, tu gdzieś powinien być jakiś przystanek.