Teraz idę ja i idzie on. Ja stawiam kroki za nim, a on przede mną.
Dochodzi dwudziesta druga. Moja ulubiona pora kiedy niebo jest jasne, a na ziemi jest ciemno dobiega końca.
Źdźbła wysokich traw, grządki rabarbaru, marchewek, kapust i pola pszenicy mają ten sam monochromatyczny odcień. Moje oczy stają się noktowizorem. Maszerujemy po polach, po prawej stronie są tory. Jeszcze ciepłe. Nad nami przelatują polskie samoloty. Pasażerowie wracają z podróży.
Do widzenia Tunezjo, dzień dobry pięćdziesiąt metrów kwadratowych przestrzeni życiowej.
Jest jutro. Dwa tygodnie później bawię się w wizytatora na podhalańskiej wsi.
Słonecznym przedpołudniem, w drodze nad rzekę mijam trzy brązowe krowy, prowadzone przez ojca z synem. Ojciec ma na sobie koszulę w niebieską kratę, flanelową, jak z rancza, jak z tartaku. Nastoletni syn ma wyblakły t-shirt i wyparzoną przez słońce czapkę z daszkiem.
Wakacje spędzi na wsi. Z pastwiska do domu, z domu do tartaku. Drewno na opał, drewno na płot, drewno na papier. W parku nieopodal miejsca gdzie powinien być miejscowy rynek, znajduje się park. W parku, na kłodach i wśród drzew, po południu, przed kolacją zbiera się młodzież od piętnastu lat w górę. Większość stanowią miejscowe dziewczęta. W jasnych jeansach, sportowym obuwiu i ciepłych polarach. Noce w górach są zimne, a pocałunki upolowanych chłopców nie aż tak gorące. Chłopcy raczej siedzą niż stoją. Ważą słowa, wymieniają się czujnymi spojrzeniami.
Nogi w rozkroku, wzrok wbity w żwir.
Obie strony chcą flirtu, śmiechu i rozwoju akcji przy wakacyjnym ognisku. To jednak nie Beverly Hills 90210 ani nawet młodzieżowy twór Małgorzaty Potockiej więc wieczór się kończy w ich własnych domach. Na tapczanach, przed telewizorem, w stajni i na pastwisku.
Zmęczeni turyści, zalani potem i przysmażeni słońcem wysiadają z busów. Na dziś koniec wędrówki. Ostatni przystanek przed spoczynkiem to moczenie przemęczonych nóg w rzece. Jeszcze okazjonalne zdjęcie aparatem cyfrowym, z widokiem mostu, gór i rozbitych butelek.