Pies bezustannie szczeka za oknem. Nie odwracając głowy śmiem wierzyć w to, że jestem teraz na wsi.

Na pierwszym piętrze domu z drewna, gdzie w nocy, kiedy sen już wszystkich pokonał, słychać korniki w drewnianych balach. Pies szczeka i biega w kółko, macha ogonem i wyje w kierunku nieba, bo przyjechała jego pani.

Ze zgrabnego samochodu wyłaniają się dwie zgrabne nogi, a potem to pies podbiega i lizać chce, wskakiwać i ciągle merda ogonem. A ja siedzę na tym balkoniku o niewielkich wymiarach i prażę się w sierpniowym słońcu.

Próbuje się ukryć przed gospodynią w moim małym, drewnianym bunkrze. Niechęć przed spotkaniem przy stole, przed rozmową i relacjonowaniem swojego przedpołudnia jest silniejsza ode mnie i sprowadza mnie na twardy grunt rzeczywistości.
Noce i dnie, a raczej dnie i noce. Za dnia podniecony jestem swoimi ulotnymi planami i postanowieniami, i nie wiem jak to się dzieje, ale nim się obejrzę to na lądzie coraz ciemniej i chrabąszcze latają wokół.

A to pora jest jednoznaczna, że na kołderce rączki grzecznie położyć trzeba.
Na małym balkonie: ja, dziadek i letnie chrabąszcze. Łapiemy je do pudełek po zapałkach, ja postanawiam je stamtąd nigdy nie wyciągać, dzięki temu mieć swój mały skarb, polski talizman.

Chrabąszcze upominają się o swoich bliskich, pojawiają się tez jaskółki i wrony. Z wagonów tramwajów wychodzą ostatni spracowani. Małymi palcami otwieram pudełeczka i czekam, aż odbierze mnie mama.

Noc już w pełni, więc wykańczam się solidną dawką telewizji.
Leżę nieruchomo, a ręce jak młode, wątłe gałązki wzdłuż mnie. Jestem w stanie silnej obojętności i tylko trzy zielone światełka modemu denerwują mnie.