Jesień powiedziała dziś: dzień dobry. Na nogach dalej krótkie spodenki, na górze bluza z kapturem. Rok szkolny ruszył pełną parą, okres ochronny od odpowiedzi przy tablicy skończył się. Z każdą kąpielą moje nogi coraz bladsze. Mydło i woda z krakowskich wodociągów regularnie pozbawia mnie bałkańskiej opalenizny. Lat mam coraz więcej, szarych komórek coraz mniej. Lato – czas martwicy umysłowej, wreszcie kończy się. Czas na ciepły płaszcz i długi szalik powiewający z pleców wraz ze spadającymi liśćmi z drzew. Trzeba chodzić po parkach i obserwować naturę przygotowującą się do zimy, której i tak nie będzie. Pretensjonalna, piękna, polska, złota jesień. Wysiadamy z samolotów i autokarów po trzydziestogodzinnej podróży z postojami co cztery godziny, na ciepły posiłek. Można płacić w złotówkach, menu, proszę państwa jest łamaną polszczyzną. Toaleta zaś, naprzeciwko wejścia. Podróż umili państwu zestaw filmów na dvd. Z zakazem kopiowania i publicznej projekcji. Z Dziennika i magazynu Gala. Film sensacyjny. Film o porywającej fabule. Nie pozwoli państwu zasnąć. Dla niechętnych takich doznań – Avio Marin przepijany Wyborową. Bo o to jadą Polacy. Studenci wybrali się na wakacje i w Bułgarii czują się bogaczami. Mają gest. Postawią wódkę, piwo, a nawet zostawią napiwek. Bo sałatka szopska i frytki z serem były wyborne. Szlachetni, o złotych sercach synowie i bracia wydadzą ostatnie euro na pamiątki dla bliskich. Mam całą torbę prezentów, dla rodziny zrobiłbym wszystko. Dla brata Rakija i Tequilla. Dla matki likiery i chusta turecka, kupiona na Stambułskim targu. W ramach wycieczki fakultatywnej. Osiemnaście godzin w autokarze z zamkniętą toaletą oraz osiem zwiedzania miasta. Ale było warto. Kupiłem Andżeli obrączkę. Taka niespodzianka, cieszyła się bardzo. Wiesz, taki zajebisty gest, spontan.