damiensi blog

Twój nowy blog

viva la viva

4 komentarzy

Codziennie udaje mi się osiągać moje małe sukcesy w swojej małej ojczyźnie i tak przechodząc po śnieżnej chlapie, czuję jakbym ugniatał maliny albo winogrona, wtedy moim największym osiągnięciem jest wyprzedzić jakąś osobę i przejść niezauważonym. Mała emigracja, sprytna alienacja czy tez młodzieńcza anonimowość. Odchylam głowę w bok byleby tylko nie zauważono mojej twarzy, a potem to już po prostej linii. Alleluja, klaps w dupcie, namiętny pocałunek, jeden maszek i do przodu. Przez śnieg, niedopałki, rozlany asfalt w kolorze nocy, którego to nigdy nie uda mi się uzyskać.

BEłKOT

3 komentarzy

1.słów pare od autora

Ostatni już raz ukarano mnie czternastoma całkowicie wolnymi dniami.
Narzucono mi nieoficjalnie plan działań, które rzekomo MUSZĘ wykonać przez te dwa tygodnie.
Znając siebie, swoje możliwości i nawyki ofiarowany mi darmowy czas z puli nagród ministerstwa oświaty doszczętnie zmarnuje pijąc kawę, czytając zdezaktualizowane czasopisma, pijąc alkohol i słuchając muzyki.
Najlepszy byłby dla mnie wyjazd gdzieś w krainę gór, gwary i oscypków- tak jak to miałem w zwyczaju praktykować od paru dobrych lat. Ale niestety nie, bo matura, bo dyplom, bo jakiś sztuczny stres i terminy.
Dyplom dyplomem, ja mam dwa tygodnie wolnego, w telewizji publicznej są filmy przyrodnicze i przygodowe przygotowane właśnie dla młodzieży spędzającej ferie. Ferie w mieście, ferie w domu, ferie w komputerze. Ja wole wyjść z domem kultury na wycieczkę do kina albo zajęcia z ceramiki czy plastyki. I tak dwa tygodnie zostaną spędzone w czterech ścianach, tramwajach i szklance z piwem bo bynajmniej nie jest to czas aby przygotowywać się do jakichkolwiek egzaminów dorosłości i dojrzałości. Przepraszam, ale ja nie jeszcze nie dorosłem i niedojrzały jestem dlatego wolałbym żeby tej przerwy w zajęciach nie było.

2.wstęp

Fekalia, odchody, syf i zarzygane schody. Złość, agresja, piana z ust, szatan, patologia, wódka, pobicie, gwałt, uwaga

3.rozwinięcie

Mów mi Marcin- powiedział, pożegnał się, zaklaskał w ręce, zakasał rękawy i poszedł alejka prosto w dół. Muchy i pszczoły zbudzone jakże zagadkowym brakiem śniegu i temperatury ujemnej przywitały go obok śmietnika komunalnego co do niego każdego ranka pan pijak z parteru co ma żonę Grażynę i córkę z dzieckiem i mężem worek cuchnących śmieci wyrzuca. I tak pewnego ranka pan pijak być może już pijany z samego rana poszedł zwyczajnie jak co ranka o poranku do śmietnika swoje ścieki, odpady i fekalia socjalne komunalne wyrzucić, które to mają się później zutylizować i przestać istnieć żeby pan pijak: mąż, ojciec, dziadek, teściu, pijak mógł rano pójść z workiem do śmietnika swoje odpady wyrzucić

3.Zakończenie

Fekalia, odchody, syf i zarzygane schody. Złość, agresja, piana z ust, szatan, patologia, wódka, pobicie, gwałt, uwaga.

On naciska kolejne klawisze, które to ledwo dostrzec można w ubogim świetle lampy.
Światło w jego czterech ścianach jest niemiłe, deformuje twarze i spłaszcza je do wymiaru 2D. Widzisz tego rudego kota? On właśnie wygramolił się z życiowego błota. Ja widzę na własne oczy, na prawe i na lewe jak ruchami mechanicznymi próbuje wstać na czterech łapach lecz nieudolnie jak najgorszy pijak, luj pod sklepem. Kot, sprytne zwierze siedzi prosto na samym środku starego parkietu.

Jadąc dziś tramwajem, w okolicach przystanków starowiślna, hala targowa student z głosem człowieka co się z życia każdego ranka cieszy i w tramwajach porannych i po południowych koleżanki z roku adoruje opowiadał bardzo głośno i bardzo odważnie dowcip koledze przez telefon komórkowy. Na początku samym, po zapowiedzi swojego satyrycznego występu informuje że rasistowski trochę będzie. No i czekam z niecierpliwością z czego się będę śmiał, oczekuje również kobieta w białej kurtce przede mną, blondyna w ubraniu pod kolor włosów, dziewczyna czytająca książkę na przedzie i zapewne cała tylnia partia wagonu, wymownie milcząca. Więc rozpoczyna zmieniając ton głosu i brzmi jak Tadeusz Drozda albo jak cały zastęp wszystkich desperatów z maratonu uśmiechu. Ile trzeba ludzi do pochowania murzyna? Każe strzelać koledze, oczywisty faul, z dumą odpowiada: sześciu, czterech do niesienia trumny, a dwóch do magnetofonu. Żak z głosem prezentera telewizyjnego zaśmiał się witalnie, razy dwa po czym sam sobie przyznaje że dobry, że fajny i że on zna same świetne dowcipy, które zapewne rozśmieszą każdego.

Listen up! Listen up everybody! Posłuchajcie moi mili co ludzie pracujący porobili.
Szwedzka Ikea niewidzialnym murem klas społecznych podzielona, za złote pięćdziesiąt hot-doga je plebs, kiedy to w restauracji wiele krewetek jedzonych jest

Bo ja tak mam kochanie, że niektórym to ręki nie chce podać. Odpowiada mi moja zewnętrzna prezencja chama i buca, bo ja bucem jestem doszczętnie.
Dobitnie chce ci wyperswadować szereg superlatyw jakie snujesz na temat mojej osoby w swojej głowie. Przecież nie od dziś wiadomo że niektóre jednostki maja w zwyczaju splunąć za siebie, szturchając mnie szorstkimi, filcowymi plecami sezonowego przydziału braku szacunku.
To jestem właśnie ja, nie mam nawet swojego własnego psa, który miałby wzbudzić jakikolwiek respekt wobec mnie. Pies, kundel, zwierz, doberman, doktor wilczur czy pit bull który to by zawsze stał przy mnie, słuchałby mnie i załatwiałby się w wyznaczonym miejscu. No i nie mógłby regularnie śmierdzieć, jak to mają w zwyczaju zwierzęta tej rasy.
Sam dla siebie jestem najgorszym z psów. Brunatnym, mało rozgarniętym jamnikiem albo małym, wyszczekany kundlem o twarzy ratlerka. Sram gdzie popadnie, nawet nie zacieram śladów po swoich fekaliach. Uciekam i w świetnym nastroju udaje że nic nie zrobiłem. Jestem psem darmozjadem, który podkrada najwyższej klasy żywność z wystaw, straganów, stołów i parapetów. Nigdy żaden większy pies, o większej masie mięśni anabolicznych czy naturalnych nie pogryzł mnie. Obecnie jestem bezpański i na szczęście nie jestem zmuszony do odbywania psich walk, co to jeden ginie, a drugi zawodnik umorusany we krwi, sapiąc i ledwo zipiąc zostaje zwycięzcą, psim killerem wszechczasów.
Bo ja jestem z tych co nie pozwalają ci przejść spokojnie przez ulicę. Podbiegam, szczekam najgłośniej jak umiem, w końcu zaczynam gryźć twoją nogawkę, w planie mam ugryźć ci nogę, marze żeby cię zatrzymać, chce pozbawić cię nogi.

Październikowe promienie słońca biczują mnie po karku ze zdwojoną siłą, z turbo doładowaniem za 5 groszy minuta tylko teraz w simplusie.

-„Panie, o tej godzinie to jeszcze żaden tramwaj z zajezdni nie wyjeżdża.” Ale wczoraj w tramwaju, kiedy było już ciemno i para wylatywała z ust- działo się naprawdę dużo. Przez brudne okno zauważyłem koleżanki co lubią się zabawić w sobotę, a tu nagle w drzwiach, oparty o kasownik i przycisk bezpieczeństwa stanął romski młodzieniec z purpurowym akordeonem na ramieniu. Zamienia pośpiesznie kilka słów w swoim rodowitym języku z rodowitą koleżanką i zaczyna grać rodowitą pieśń, tramwajowa serenadę. Ona ma czerwone paznokcie, a w dłoniach mientoli czerwony, kartonowy kubek po coca-coli, przechodzi między siedziskami i podstawia go pod nos, cygański Książe gra coraz głośniej. Wagon zamienia się w tabor, a panie po pięćdziesiątce pytają się miedzy siebie „czy znasz tę piosenkę?” i pod grubą warstwą pudru rysują błogie uśmiechy.
Ktoś musiał przebiec po torach, tuz przed kabiną kierowcy ponieważ pociągnięcie wajchy przez motorniczego było na tyle mocne że wszyscy razem zintegrowaliśmy się zbierając siebie nawzajem z twardej podłogi. Romska muzyka zamilkła. Kubek po coca-coli zgniótł się doszczętnie, a o odszukaniu jakichkolwiek monet nie było już mowy. Zrobiło się czarno, dosłownie czarno. Cyganka zaczęła kaszleć, a za nią już wszyscy. Ktoś otworzył drzwi, próbował okno, czarny pył ustał. Pomiędzy nogami, rozrzuconymi torebkami, dżinsami i sztruksami leżały czarne jak smoła grudy węgla. Nagle jakiś chłopiec anemiczny, ubogo ubrany z kogutem na głowie w głęboką rozpacz wpadł. Spazmatyczny płacz i wrzask rozszedł się po całym wagonie, po całej siatce krakowskiej komunikacji miejskiej. Toż to chłopcy dzielni i zaradni całą sobotę od świtu do nocy na hałdach węgiel zbierali.

+

7 komentarzy

Niedziela
Vileda przedstawia: piękny mamy wieczór tej niedzieli. Źdźbła traw zmieniły kolor, rodziny dwa plus jeden jeżdżą na rowerach, robotnicy piją i oglądają „Taniec z gwiazdami” razem ze swoimi żonami. Koleżanki i koledzy uaktywniają się w komunikatorach, ustawiają melancholijne statusy, wspominają weekendowe swawole, wmawiają sobie że maja kaca. Tydzień się kończy i bateria się kończy. Polejemy pulpeciki i posypiemy serem. Przyjdzie kolega i przyniesie dwa piwa butelkowane, nieimportowane, polskie bo po trzymiesięcznych saksach na wyspach zielonych docenił rodzimy browar. Wypijemy jedno i drugie, powspominamy czas sprzed czterech lat. On opowie o klubie, o koleżankach. Ja sprawdzę pocztę i zmienię status w komunikatorze. Ktoś to przeczyta i zredukuje to co zapamiętał. Tematy ciekawe się skończą, ja włączę telewizor i pobiegam po kanałach żeby z powrotem zacząć od jedynki, mam telewizje kablową i europejskie programy, mam telegazety i teleprogramy, paszporty polsatu i zapłacone abonamenty. Ja wstanę o świcie i umyje zęby, włączę płytę Pustek i komputer odpalę, hiperłącze zabłyśnie i modem się zaświeci na zielono. Pójdę na przystanek i skończę palić lighta wchodząc do autobusu linii stoileśtysięcy.
Poniedziałek
Dzwoni telefon komórkowy, tak stary że nie można nawet ściągnąć dzwonka polifonicznego.
Głos w słuchawce wypowiada moje nazwisko pytająco, ja mówię że to pomyłka, on że dziękuje i przeprasza. Dzwoni ponownie, poznaję numer, odrzucam rozmowę
+++

Nie mów do mnie więcej i nie kładź swojej głowy nagrzanej słońcem na moim ramieniu. Teraz czuje się dobrze, za dobrze, jest mi wspaniale i nie mam najmniejszej ochoty się tym z kimkolwiek dzielić. W końcu jestem jedynakiem, jednoznaczne z egoistą.
Jest pogodna sierpniowa niedziela, a my jesteśmy ze sobą już pół roku. Za oknem pociągu jest ładna pogoda, a ty znowu zasypiasz na moim ramieniu.
Mijamy kolejne wiejskie stacje zarośnięte grubym bluszczem, pokryte rzęsistym mechem.
Nagle zza odrapanego budynku stacji wyłania się dziewczyna o zwyczajnej urodzie i w letniej sukience za kolana. Sukienka jest jasna, targa ją wiatr, pokryta jest jakimś wzorem; być może są to kropki albo prążki, ale on znowu rusza, a ty nadal przygniatasz mi ramię.
Do przedziału znów wszedł konduktor. Nie wygląda on estetycznie, ma ewidentną nadwagę, jego pokaźny brzuch jest tak ogromny jak miałby za moment eksplodować, a z brzucha wylecieć miałoby dziecko albo i więcej noworodków splątanych karbowaną pępowiną.
Jest niedziela, siódmy dzień tygodnia, dzień wolny od pracy, dzień święty, kościelny, plebaniowy, rzucanienatacowy, różańcowy, stołowy, rosołowy.
Pociąg właśnie wjechał do naszego miasta. Nie cieszymy się, nie chcemy wracać, tobie nie chce się już spać. W naszym mieście wita nas pani próbująca zaoferować nam super tanie noclegi.
W moim mieście widzę jak robotnicy o bladym świcie odjeżdżają jelczem do ośmiogodzinnej roboty, a potem widzę ich, kiedy w czasie pory obiadowej siadają w równym rzędzie, oparci o otynkowaną przez siebie ścianę i jedzą syte kanapki przygotowane przez swoje dziewczyny bądź mamy.
Bo oni są młodzi, większość z nich nie skończyła jeszcze szkół średnich. Zarabiają w wakacje, a potem, kiedy nadchodzi piątek wychodzą na parking przed blokiem i piją wódkę z przepitką. Słuchają radio eska, wykrzykują nazwy drużyn piłkarskich, wymiotują koło aut

.

Natomiast dziś włoże glowe do piekarnika, a wszystkie kieszenie napełnie kamieniami przywiezionymi z Ojcowa . Wejdę. Oddychne. Zanurze się.

Lekko przymyka drzwi za każdym razem kiedy chce przebrać bluzkę. Jej kształtne piersi, schowane w staniku w czarne grochy nie przyzwyczajone są do publiczności innej niż sama ona i lustro. Zawsze gdy próbuje zasnąć, zasłania lustro fioletowym pledem.
Przeładunki towaru z portu na statek, w blasku zmrożonego księżyca pośród biegających kotów, a nad nimi wiecznie białe i głośne ptaki hitchcocka. Ale to wszystko dzieje się nocą, a ona leży na smaym środku łóżka jak kłoda. Nieuzasadniony strach paraliżuje jej ruchy, chwilami boi się patrzeć.
Jej głowa przepełniona jest przesądami i zabobonami opowiedzianymi w dzieciństwie przez babcie kiedy to siedziały samotnie w jej drewnianym domu, kiedy padał deszcz, kiedy robiło się ciemno, a ona marzyła o powrocie do miasta. Kiedyś żyła w poczuciu że tylko na prowincji istnieją duchy i inne zmory, wierzyła że miasta są od nich wolne.
Była pewna że miasto to tylko ludzie, a ich dusze straszą i nękają na wsiach

Wysypki , promieniujące bóle kręgosłupa , jelita przyklejone do żołądków i soczyste kroplówki tętniące w żyłach , żyłeczkach to adekwatne do wyłaniających się martwych zwierząt , butelek i innych śmieci znaków , że kiedyś (sic!) nadejdzie najprawdziwsza z prawdziwych – wiosna. Ja nadal największą swą pseudotwórczą , pseudointelektualną moc skupiam na rozpoczęciach, prologach, wstępach bo to mi w życu najlepiej wychodzi
Ale nie przejmuje się tym za bardzo , w końcu otacza mnie tak świetne środowisko internetowe. Wokół setki dziewczyn w wielkich okularach, na czarno-białych zdjęciach wystylizowane na lolitki. Same artystki . Bohema wrze . Myspace , fotolog , ownlog bo wszyscy jesteśmy odrębnymi indywidualnościami i wszyscy interesujemy się sztuką i dizajnem.

lomo

4 komentarzy

od 21 kwietnia do 5 maja

wystawa LOMO :
lomościana i telebim

filmowa cafe (kino kijow) kraków
zapraszam

więcej info
lomo_www.jpg


  • RSS